Recenzja-Metro strachu (The taking of Pelham 123)
Będąc w Krakowie dla dopełnienia aktu odchamiania, zahaczyliśmy o kino. Rano, tegoż właśnie dnia, jadąc tramwajem, wypatrzyliśmy plakat reklamowy „Metra strachu” i jakież było nasze zdziwienie, gdy wieczorem okazało się, że trafiliśmy na premierę właśnie tego filmu. Nakręceni pochlebnymi opiniami recenzentów, przeżyliśmy bolesne rozczarowanie, gdy zamiast porywającego thrillera otrzymaliśmy typowy amerykański gniot. Pomijając sam fakt, że daleko mu do thrillera, jak go nazwał producent, to nawet jako kino akcji film jest co najwyżej przeciętny.

Akcja rozpoczyna się porwaniem pociągu (czemu metro?), a dokładniej jednego wagonu przez 4 bandytów-terrorystów. Ich przywódca Ryder(John Travolta) domaga się pokaźnego okupu w zamian za życie zakładników. Grozi, że jeśli nie otrzyma pieniędzy w ciągu godziny, będzie zabijał po jednej osobie co minutę. Garber- szef ochrony (Denzel Washington), który nadzorował trasę porwanego składu Pelham 123, nawiązuje połączenie z głową akcji i próbuje sił w negocjacjach. Ich rozmowa stanowi główną część filmu i odsłania grzeszki obydwu panów. Mimo że Ryder nie jest typowym czarnym charakterem, Garberowi udaje się go przegadać i koniec końców udobruchać na tyle by pozwolił na dowiezienie okupu z opóźnieniem. Terrorysta stawia jednak warunek- pieniądze ma dostarczyć nikt inny jak sam Garber, który bez wahania spełnia ten rozkaz, ratując bezbronnych i przerażonych zakładników i wplątując się w nieprzyjemną sytuację. Ostatecznie jak zazwyczaj zwycięża dobro, a zło zostaje przykładnie ukarane.


Reżyser Tony Scott nigdy nie słynął z wyszukanych pomysłów, ale „Metro…”, choć to remake, jest całkowitym pójściem na łatwiznę. Scenariusz niewolniczo trzyma się szablonu amerykańskiego wyobrażenia o filmie akcji: słaby, pokrzywdzony przez los człowieczek staje się bohaterem po uratowaniu pociągu/samolotu/statku/inne* (*niepotrzebne skreślić). W międzyczasie pada kilka strzałów, pojawiają się trupy bezbronnych ofiar zamachowca-psychopaty (albo jeśli ktoś woli nieszczęśliwego desperata). Zupełny brak oryginalności i nowych rozwiązań znacząco wpływają na przewidywalność, a tym samym znudzenie jakie odczuwa widz, szczególnie w pierwszej części filmu. Sama muszę przyznać, że tylko siłą woli powstrzymywałam się przed zaśnięciem przez pierwsze pół godziny. Potem coś jakby drgnęło w akcji i mimo że wciąż szablonowy film stał się milszym dla oka. Znacząco wpłynęła na to dobra obsada (Denzel Washington, John Travolta, John Turturro) i niezła gra aktorska. Innych plusów „Metra…” ciężko się doszukiwać.
Film jak film. Odradzać nie będę, bo choć nie porywa ambitnością, to dla zabicia czasu nada się idealnie.
no to teraz czekam na coś dobrego….
Zdziwiło mnie te “dla zabicia czasu nada się idealnie” jako podsumowanie tekstu traktującego o tym dlaczego film ssie pałę.
W prostocie Twojej wypowiedzi kryje się piękno Soll